Forum DDN - Drogowskazy do Nieba.
  

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 
Przeszukiwarka poniższego WĄTKU:
Autor Wiadomość
Admin_DDN
 Tytuł: MARYJA, MATKA BOŻA - DOBRE DRZEWO
PostNapisane: 10 mar 2015, o 20:04 
Offline
1000p
1000p
Postów: 6489
Skąd: Polska
MARYJA, MATKA BOŻA - DOBRE DRZEWO

Czy i ja powinnam napisać o moim osobistym spotkaniu ze Słowem Bożym?
Na pewno tak czuję, że Jezus tak chce.
Jestem bowiem tą, którą nie tylko uzdrowił, ale której przywrócił życie.
Od wielu lat byłam umarła, a On wrócił mi życie i zdrowie.
Oto moja historia:

Żyłam wiele lat w grzechu ciężkim.
Czy nie wierzyłam w Boga?
Ochrzczona, po przyjęciu I Komunii św., bierzmowana - i od lat nastoletnich stojąca z daleka od Kościoła - nie byłam chyba kimś „nie wierzącym w Boga”.
Nazwałabym się raczej „kimś, kto jeszcze nie spotkał Jezusa”.

Moje życie było złe.
Szukałam miłości, a brnęłam w grzech.
Teraz widzę, że Jezus pomagał mi podnosić się z błota na wiele lat przed moim nawróceniem.
Doświadczyłam tego, że choć człowiek zrywa z Bogiem, Bóg nie zrywa z człowiekiem.
Że Bóg kocha grzesznika.
Jednak wszystko zaczęło się od Jego Matki...

Beznadziejny czas mego życia... podeptane przykazania...
Któregoś wieczoru nie mogę znów zasnąć, kłębią się myśli, czuję pełen grozy lęk, zagubienie, którego nie sposób opisać.
Boję się!
Oto do czego doprowadziłam swoje życie - napływają obrazy, które chciałabym wykreślić z pamięci!
Jest ich tyle, są takie straszne!
Nie potrafię opisać lęku, jaki wtedy przeżyłam.
I pamiętam ten moment, gdy rzucona na samo dno, opuszczona, samotna i do granic możliwości przerażona - zaczęłam się modlić...
Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą...
Dziwiłam się, że słowa napływają, że nie zapomniałam ich kolejności.
Tyle lat!
A potem „Ojcze nasz, któryś jest w niebie...”
Niepokój słabnie.
Jest jakoś bezpiecznie... jak wtedy, gdy byłam mała.
Czuję się znów małą, czystą, niewinną dziewczynką.
Czuję, że jestem dobra... oddycham z ulgą i wciąż powtarzam „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...”
Ogarnia mnie błogi spokój i usypiam z uczuciem, że otworzyły się „jakieś drzwi” i że jest dla mnie jakieś wyjście.
Były to pierwsze Słowa, których uczepiłam się jak ratowniczego sznura.
Od tego się wszystko zaczęło.

Potem wiele lat różańca.
Żyjąc nadal w grzechu, nie wypuszczałam go już z rąk.
Myślę, że to była łaska i to łaska, którą zawdzięczam Maryi.
Nigdy nie byłam „maryjna” w potocznym znaczeniu tego słowa.
Ale modliłam się na różańcu i nosiłam medalik, Cudowny Medalik.
Dzięki temu mogłam żyć i nie pogardzać sobą - lecz z wolna podnosić się i iść.
Iść do pojednania z Bogiem.

Przygotowania trwały około sześciu lat.
Nagle wypadki zaczęły biec niesamowicie szybko.
Od dawna już chodziłam do kościoła, brałam udział w Mszy świętej, ale niemożność przystąpienia do Komunii wyciskała mi łzy z oczu.
Jezus mnie pocieszał, przytulał mnie do swego serca, przede wszystkim jednak pewną ręką prowadził mnie do spowiedzi.
Sto razy chciałam się już wyspowiadać; było to moim największym marzeniem i najpierwszą potrzebą mojej duszy - ale mogłam jednak.

Od lat żyłam w cywilnym związku z człowiekiem rozwiedzionym.
W oczach tego świat byliśmy „udanym małżeństwem”.
Normalne, codzienne wspólne życie, grono znajomych, rodzina, rodzice.
A przede wszystkim on sam.
Wydawało mi się, że nie mogę go tak zostawić.
Patrzyłam jeszcze wtedy bardziej „oczyma tego świata” niż „oczyma duszy”.
Żyłam w ogromnym rozdarciu, prowadząc życie, którego już nie chciałam, a jednocześnie, od którego nie potrafiłam jeszcze odejść.
Trwało to już dłuższy czas.

Pamiętam, jak u samego początku mojej „drogi z Bogiem” sprzątałam kiedyś w kuchni słuchając radia.
Nadawano jakąś audycję, w której zacytowano wypowiedź kobiety znajdującej się w sytuacji podobnej do mojej.
Kobieta ta - żyjąca w nieślubnym związku z żonatym mężczyzną - odzyskawszy wiarę, mogła zrobić tylko jedno: rozstać się ze swoim „mężem”.
Uczyniła więc to, pragnąc tylko jednego by wrócił do swej prawdziwej żony.
I to się jej udało!
Byłam zszokowana.
Taka postawa była dla mnie jeszcze wtedy postawą samobójcy!
Pamiętam, jak stałam na środku kuchni i nie mogłam dojść do siebie.
Było to wtedy ostatnią rzeczą, jaką chciałabym zrobić!
Myślałam, że wszystko to da się jakoś pogodzić...
W głębi duszy czułam jednak, że te słowa odnoszą się właśnie do mnie, że to ja powinnam tak właśnie postąpić.
Odepchnęłam je natychmiast i odpychałam je tak całe lata.

Może bałam się zostać sama?
Patrzyłam na całą tę sytuację bardzo po ludzku.
Przez kolejne sześć lat dużo czytałam.
Poznałam Pismo święte.
Wiedziałam, że prawo kanoniczne jest jednoznaczne, ale starałam się je nagiąć do swojej sytuacji życiowej, którą wciąż uważałam za „jakąś wyjątkową”.
Był to czas dojrzewania.
Gdy czytałam w Ewangelii o nierozerwalności małżeństwa, wiedziałam jasno, że słowa te skierowane są do mnie.
Paliły mnie, ale mówiłam sobie:
Tak, ale przecież ja chcę dobrze, ja to wszystko rozumiem - tylko jak to teraz wszystko rozplątać?
To nie są żarty...
A on?
Co z nim?
Czy to, że ja odzyskałam wiarę, oznacza, że mam go porzucić?
Czy to jest miłość bliźniego?...
Ludzkie, a może i szatańskie myśli, które tak stawiały przed oczy dobro, dobre intencje, że ... niepostrzeżenie umacniały w złu.

Gdy zaczęłam po raz pierwszy w życiu czytać tak naprawdę Ewangelię, pomyślałam sobie:
No, zobaczymy...
Przecież ja nie wiedziałam, że popełniam zło...
Robiłam w życiu tyle rzeczy nie mając świadomości, że popełniam grzechy!
Może to zaskakujące, ale naprawdę tak było.
Nie mogłam więc wewnętrznie pogodzić się z tym, że Bóg chciałby i mógłby mnie „skarać”, jak kogoś, kto butnie przestępuje przykazania, zdając sobie doskonale sprawę z tego, co robi.
Nie miałam więc „zaufania” do Pisma świętego i czytając je, rozdział po rozdziale, czułam się trochę jak intruz, a w sercu miałam zamęt.
I wtedy przeczytałam zdanie:
A jeśli kto popełnił co karygodnego - a nie wiedział - mniej będzie ukarany.
To Słowo poruszyło mnie do szpiku kości.
W jednym ułamku sekundy przestałam być intruzem, widzem, obserwatorem - stałam się dzieckiem Boga, które w głębi swego jestestwa doznało Jego miłosiernej sprawiedliwości.
Było to pierwsze zdanie, jakie podkreśliłam w Piśmie świętym.
Spadły kajdany jakiejś nieufności do Boga, jakiejś podejrzliwości.
Swym Słowem zaspokoił On głód, który cierpiałam od dawna.
Myślę, że był to jeden z ważniejszych etapów na mojej drodze.

A potem etap najważniejszy.
Wypadki toczą się szybko.
Tak bardzo pragnę Jezusa Eucharystycznego i tak bardzo - nie boję się tego stwierdzić Jezus Eucharystyczny pragnie mnie!
Jest to wielkie wołanie miłości.
Nadchodzą trzy niezwykłe dni.

Postanawiam przystąpić do spowiedzi i Komunii św. - a potem, „niech się dzieje, co chce”!
Ja się zdaję na Jezusa!
Jezus mnie nie opuści!
Albo wszystko, albo nic -ja nie mogę już dłużej!
Walka w mojej duszy rozpętała się na dobre.
Siły ciemności podniosły się, ale ...”ono zmiażdży mu głowę”.
Sto tysięcy argumentów za i przeciw przebiegało mi przez głowę.
W nocy nie mogłam spać.
Czułam się, jak na sali sądowej, gdzie toczy się zażarta walka o skazańca.
Burza, jakiej nigdy nie przeżyłam.
W całym tym zamęcie czułam, że jestem pod opieką Maryi.
Po zaciekłych, wściekłych kłótniach, jakie toczyły się w moim wnętrzu, padało delikatne, cichutkie pytanie:
A dlaczego nie miałabyś tak zrobić?
Szał wściekłości zaczynał się na nowo.
Ten delikatny głos kilka razy w nocy dosłownie podnosił mnie na łóżku.
Tak, właściwie dlaczego nie miałabym tego zrobić?
Dlaczego nie miałabym się wreszcie wyspowiadać, przyjąć Komunii św., a potem wreszcie żyć, zacząć ŻYĆ?!...
Byłam na wzburzonym morzu.
Godzin ubywało.
Umówiony na rozmowę kapłan już za parę godzin przyjdzie na spotkanie.
Co robić?
Czy dam radę?
A co z nim, z moim „mężem”, który choć pod jednym dachem ze mną, nawet nie zdaje sobie sprawy, co się za parę godzin ma stać!
(Ściślej mówiąc, wiedział o wszystkim, ale nie brał tego na serio.)

Walcząc z myślami, w wielkiej rozterce usiadłam nad ranem w łóżku i sięgnęłam po Pismo święte.
Czuję, jak nawałnica przybiera na sile.
Myślę, że ten, który tak długo trzymał mnie w okrutnej niewoli, wiedział, że to jego koniec.
Miałam wręcz fizyczne odczucie jakiejś nawałnicy, w środku której się znalazłam.
Wydało mi się, że przez szum wód, wycie wichru dochodzą do mnie słowa Jezusa, które czytałam wsparta o łóżko:
Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców.
Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i u ogień wrzucone.
A więc: poznacie ich po ich owocach (Mt 7,18-2D).

I wtedy olśnienie!
Jestem dobrym drzewem!
Zawsze myślałam o sobie źle, bardzo źle!
Na tej myśli uwiązał mnie przy sobie szatan.
A ja przecież jestem dobrym drzewem, które... no właśnie.
Jestem dobrym drzewem, które nie wydaje dobrych owoców.
Zrozumiałam, że moje rozdarcie życiowe wynikało właśnie stąd - że dobre drzewo usiłowało wydawać złe owoce!
A więc nie!
Jestem dobrym drzewem i chcę wydawać dobre owoce!
Nie chcę już działać wbrew sobie!

Parę godzin potem odbyła się moja wielogodzinna spowiedź po prawie dwudziestu latach zaniedbania Potem Komunia św.
Dokonał się cud ożywienia z martwych.
Wróciłam do domu i powiedziałam mężowi, że przystąpiłam do sakramentów świętych i że nasze „małżeństwo” skończone.
Nie wierzył mi, próbował przywrócić dawne zwyczaje.
Jezus mnie bronił.
Czułam się bezpieczna.
Codziennie przyjmowałam Komunię św. i liczyłam na Jezusa, znając własną bezradność.

Po dwóch miesiącach „mąż” wyprowadził się do własnego mieszkania, które cudem jakimś otrzymał.
Widział, że walczy z Bogiem, i zaprzestał walki.
Ostatnim słowem naszego pożegnania było wspólnie odmówione „Zdrowaś Mario”.
Po sześciu miesiącach uzyskałam rozwód bez najmniejszych trudności z czyjejkolwiek strony.

Dalsze i obecne moje życie jest historią życia z Bogiem, w którym Jego Słowo porusza wciąż i wciąż moją duszę.
Żyję z Pismem święty na co dzień, aby „dobre drzewo” mogło wydawać dobre owoce.
Jezus obdarza mnie głębokim i trwałym szczęściem.
Obsypał mnie złotem swoich łask.
Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan!
"Dobre Drzewo".



Autor nieznany – zebrał ks. Antoni Wac

_________________
+ Z Bogiem i Maryją.


Góra   
  Zobacz profil Wyślij e-mail      
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w temacie           [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


    |    Kto przegląda ten dział ?

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 10 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

..
Skocz do:  


Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, jak była na początku, teraz i zawsze i na wieki wieków. Amen.
Czytając to Forum DDN, wyrażam swoją Miłość do Maryi i Jezusa Chrystusa, wierząc w Jego Wszechmoc i Miłosierdzie.

"Od Prawdy zależy przyszłość naszej Ojczyzny" - święty Jan Paweł II


Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy Jezu Ufam Tobie!

+ Ewangelia na każdy dzień     + Pismo Święte     + Katechizm Kościoła Katolickiego     + Portal Radio Maryja     + Słuchaj Radia Maryja, przez internet   
Użytkowanie witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Polityka cookies. ;   Polityka prywatności.